Parafia pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego w Starogardzie Gdańskim

  • ul. Lubichowska 56, 83-200 Starogard Gdański, tel. 58/530-10-12, tel. 501-890-751, e-mail: parafia@milosierdzie-starogard.pl

  • "Bóg jest zawsze gotowy przebaczać" - papież Franciszek (MV22)

News

„Pokój wam zostawiam, pokój mój wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani nie lęka!” (J 14, 27)

Droga Krzyżowa – ekstremalna dla mężczyzn 2017

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 
  • 1
Chrześcijaństwo jest religią wyzwania. Pociąga, ale nie daje prostych rozwiązań. Z jednej strony bardzo proste: całe prawo i prorocy opierają się na dwóch przykazaniach miłości Boga i bliźniego, znanych już ze ST, z Pwt 6,4, a przede wszystkim z nauczania Jezusa. Zachęta Jezusa Bądźcie doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec Niebieski (Mt 5,48) nie jest niczym innym, jak wezwaniem do miłości, bo Bóg jest miłością. Kiedy Jezus mówi o końcu świata, o sądzie ostatecznym, na którym jednych – zbawionych - postawi po prawej swej stronie, a innych – którzy, w myśl słów Jezusa, zbawienia nie dostąpią, postawi po lewej swej stronie, mówi jednoznacznie, że jedynym kryterium podziału jest …miłość:

 

Byłem głodny- daliście mi jeść

Byłem spragniony – daliście mi pić

Byłem nagi – przyodzialiście mnie

Byłem przybyszem – przyjęliście mnie

Byłem w więzieniu – przyszliście do mnie

Byłem chory – odwiedziliście mnie.

Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych – mnieście uczynili (Mt 25,40)

Niby wszystko jasne, ale swoiste „zoom”owanie tych słów otwiera całą przestrzeń dylematów, trudności, problemów, niejasności… Kto jest moim bliźnim? Każdy? Wszyscy? Zawsze? Wszędzie? Z doświadczenia wiem, że kwantyfikatory wielkie gubią ostrość i najczęściej (no właśnie – najczęściej, a może zawsze?) nie kryje się za nimi żaden konkret…

I wtedy nie wiem już, czy każdy uchodźca/uciekinier jest bliźnim? A może tylko niektórzy? Czy mam go kochać bardziej niż tych, którzy są mi bliscy kulturowo, światopoglądowo?

A co zrobić, kiedy prosty przekaz ewangeliczny przeniknięty być zaczyna ideologią? Jak odróżnić jedno od drugiego?

Dylematy mnożą się, a rzeczywistość świata i dynamika codzienności zawsze jest o krok naprzód… Stąd może tym bardziej potrzeba takiego marszu w ciemnej nocy, by zmierzyć się z własnymi myślami, przysposobić serce na bardziej spontaniczne odnajdywanie rozwiązań, wynikające z gotowości serca, którego nie trzeba zmuszać do miłości vel słusznego postępowania? Zachęcamy zatem do drogi!!!

 

Tym razem na naszej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej początek należy do Księdza Tomasza. I, jak słyszymy, od razu jest mocny akcent.

Podczas naszych rozmów, gdy zastanawialiśmy się nad rozważaniami, byliśmy zgodni co do tego, że powinny one dotyczyć spraw aktualnych, spraw niewygodnych, spraw, z którymi musimy na co dzień się zmierzyć tu i teraz.

My bardzo dobrze wiemy, jak będzie wyglądał tzw. Sąd Ostateczny. Pan Bóg nie będzie nas sądził z przekraczania określonych przykazań, nie będzie nas sądził z tego, czy prawidłowo rozumiemy dogmat  o Trójcy  Świętej. Podejrzewam nawet, że Panu Bogu jest wszystko jedno, czy w Niego wierzymy czy nie, tzn.  jakie mamy poglądy religijne.

Padną pytania, które zostały przywołane.

Ale może też paść stwierdzenie: BYŁEM MUZUŁMAŃSKIM UCHODŹCĄ, a nie przyjąłeś mnie.

Ja sam mam z tym kłopot. Nie wiem, co odpowiem.

To jest też powód, dlaczego dziś idę - żeby się między innymi z tym zmierzyć . Każdy z nas ma swój powód, aby tu dzisiaj być.

Zależy nam bardzo na tym, abyście wyrazili swoje opinie na temat organizacji tej Drogi Krzyżowej, rozważań, doboru i trafności repertuaru muzycznego. Ten sygnał będzie dla nas bardzo ważny.

No bo z czym by porównać tak specyficzne nabożeństwo, zorganizowane w takiej formie. Przyszło mi do głowy porównanie z piwem Guinnes. Ale takim wiecie, Extra Stout. Jako faceci, to generalnie wiemy, co to za piwo. Mocne o wyraźnym smaku i …. zdecydowanie nie dla każdego.

Zapraszamy, w drogę!!

Stacja I Pan Jezus skazany na śmierć.

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

Myśląc o sądzie i o tym, co już powiedzieliśmy, chcę nawiązać do tego momentu, kiedy to postawiono Jezusa przed Piłatem i między nimi jest krótki dialog o Prawdzie. Jezus mówi, że przyszedł dać świadectwo Prawdzie, a Piłat odpowiada: “cóż to jest Prawda?”

No właśnie: CÓŻ TO JEST?. W Ewangelii nie pada żadna odpowiedź, chyba że za odpowiedź posłuży następujące po tym pytaniu stwierdzenie Piłata: “Ja nie znajduję w Nim żadnej winy”. Dla mnie jest to znak, że coś się zawahało w tym człowieku. Może zdał sobie sprawę z tego, że Prawda to jest księga, której nikt z nas jeszcze nie doczytał do końca.

I przy czym nie jest jakiś tani relatywizm spod znaku: “każdy ma swoją prawdę”. Zrezygnować z monopolu na Prawdę nie oznacza zrezygnować  z Prawdy, lecz raczej stać się bardziej prawdziwym; umieć pokornie zanurzyć się w głębię Prawdy, doświadczyć, że jest głębsza, szersza, dynamiczniejsza niż nasze rybne stawy, które uznawaliśmy do tej pory za jedyną prawdę.

Może kluczowym zadaniem naszych czasów jest przyjęcie, uznanie i zrozumienie odmienności drugiego nie tylko jako potencjalnego źródła zagrożenia, ale przede wszystkim jako potencjalnego źródła naszego wzbogacenia, dopełnienia - a to zakłada także konieczność naszego spokornienia, pogłębienia, zmądrzenia. Do tego jednak prowadzi długa droga.

Tak, księże Tomaszu, pod pewnym względem Piłat u mnie zapunktował. I co ksiądz na to?

Jeśli zgodzimy się, że prawda jest funkcją woli większości, innymi słowy: prawda jest sprawą umowy, konwencji między nami, mamy to, co nazwał Pan tanim relatywizmem. Jeśli uznamy, że nie ma prawdy obiektywnej, takiej, którą czytamy, a nie kreujemy, czyli uznamy swego rodzaju obojętność wobec prawdy - nie ma się o co spierać, bo i tak prawdy nie odkryjemy - to jest to sytuacja równie niebezpieczna jak fanatyzm wobec prawdy, jak narzucanie innym prawdy siłą, łopatologicznie, nie siłą argumentów, ale argumentem siły…

Jest jednak w Ewangelii odpowiedź na pytanie o Prawdę! Czym jest Prawda? Jezus mówi: JA JESTEM DROGĄ, PRAWDĄ I ŻYCIEM!!! Prawdy Jezusa nie poznaje się jednak za biurkiem, teoretycznie… Tę prawdę poznać można jedynie poprzez wejście na drogę wiary, poprzez świadectwo życia, swoistą spójność myśli, słowa, życia… To jest największa trudność tej Prawdy: najpierw trzeba uwierzyć, potem dopiero dostrzega się spójność, czasem jedynie jak w przebłysku oczywistość…

W tym kontekście inność nie może być postrzegana jako zagrożenie… Ale na inność nie mogę być obojętny. To właśnie w inności moje przekonania wyostrzają się, stają się bardziej wyraziste. Albo więcej jeszcze: wymagają ode mnie zaangażowania, bo w kontraście z innymi przekonaniami ich treść się kontrastuje…

Czasami wzbudza to lęk. Ale mam przekonanie, że lęk w tej sytuacji jest wyrazem niepewności, lęk jest ucieczką “do przodu”, po której zostaje jedynie moralny kac. Bo lęk, zagrożenie nigdy nie są dobrymi przewodnikami.

Któryś za nas cierpiał rany...

Stacja II Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona

Kłaniamy się Tobie Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie

Jezus bierze Krzyż na swoje ramiona.

Krzyż mojej niewiary, słabości, nierozpoznania dobra i zła z mojej strony…

Ile razy jest tak, że popełniłem jakieś zło, nie dlatego, że miałem złą wolę, ale dlatego, że nie rozpoznałem należycie dobra. Chciałbym zawsze jasno rozeznać, ale życie nie jest takie klarowne…

Czasami jednak jest tak trudno rozpoznać… Mówi krążące przysłowie: Chciałem dobrze, a wyszło… jak zwykle.... Czy naprawdę musi być tak, że trzeba dać jałmużnę 99, którzy mnie prawdopodobnie oszukują, by w setnym przypadku dać komuś, kto naprawdę potrzebuje? Chciałbym wiedzieć na 100%, że jest dobrze, właściwe - daje temu, kto naprawdę jest w potrzebie. Bo jeśli dzisiaj włączę krytyczne myślenie, może się zdarzyć, że w tym jednym przypadku na 100 odmówię, niesiony przekonaniem, że mnie oszukano w 99 przypadkach i teraz, kiedy jest realna, prawdziwa potrzeba, powiem: NIE…

chciałbym wiedzieć, a nie wiem… To jest mój Krzyż, krzyż niepewności… DZiękuję Panie, że wziąłeś go za mnie. Daj proszę światło. Jeśli nie właściwego, jasnego widzenia, to przynajmniej cierpliwości w dawaniu.

Tak, wzięcie krzyża na ramiona, to też jest podjęcie ryzyka. Ale  Jezus podjął to ryzyko za mnie (bo nie wiedział, jak ja to wykorzystam, nie miał żadnej gwarancji na 100%, że postępuje właściwie). Przypomina mi się ta przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, który pomógł człowiekowi napadniętemu przez zbójców i leżącemu w rowie. Ten Samarytanin nie kalkulował, ale może ty była ofiara jakichś porachunków mafijnych  - na miarę tamtego miejsca i czasu oczywiście.

Przypomina mi się tu też pewna opowieść księdza Bonieckiego. Otóż w Paryżu młoda kobieta (po kolorze skóry sądząc pochodzenia arabskiego) popełniła samobójstwo rzucając się pod pociąg metra. Na peronie został wózek z małym dzieckiem i list. Zrobiła to z rozpaczy i biedy. Podniósł się wielki raban w mediach, że gdzie pomoc społeczna, odpowiednie agendy rządowe i samorządowe itd, wszak to Paryż jest.

Rzecz w tym, że w owym liście był spis instytucji i osób, do których się zwracała o pomoc i zawsze spotkała ją odmowa.

I wiecie co? Ta opowieść tak mi mocno zapadła gdzieś w środku, że mi się to przyśniło o czwartej nad ranem. I ŻE JA JESTEM NA TEJ LIŚCIE. Oj, nie było to fajne.

Tak, podjęcie ryzyka pomocy drugiemu, to też jest wzięcie krzyża na swoje ramiona.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja III Pan Jezus upada po raz pierwszy

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

Pierwszy upadek - to Ksiądz powiedział rok temu, że ten pierwszy jest najboleśniejszy, bo najmniej spodziewany. Dojrzała wiara tylko wtedy może być dojrzała, kiedy przeszła przez taki kryzys: niewysłuchanej modlitwy, zakwestionowania naszej postawy religijnej czy poglądów religijnych. Niektórzy tak bardzo boją się takich doświadczeń, że ich wiara pozostaje na poziomie tak infantylnym, że do późnej starości spowiadają się tylko ze zjedzenia salcesonu w piątek albo uciekają w jakieś grupy fundamentalistyczne czy wręcz sekciarskie. Lub tracą wiarę - nie podnoszą się z upadku.

Ale właśnie doświadczenie z milczącym, “nie funkcjonującym” Bogiem stawia nas właśnie w sytuacji wiary ze wszystkimi jej dylematami. Wiara staje się prawdziwa tam, gdzie ewidentne Boże znaki czy cuda się nie pojawiają. Prawdziwym wyzwaniem dla wiary jest sytuacja, w której sprawy toczą się w przeciwnym kierunku, niż byśmy sobie to wyobrażali i życzyli.

Dopiero wtedy stajemy na skrzyżowaniu decyzji, czy skłonić się ku stwierdzeniu, że “Boga nie ma” lub że człowiek jest Mu obojętny, czy też rozpaczliwie “usprawiedliwić” Boga różnymi karkołomnymi spekulacjami. Podczas gdy jedyną szansą dla owego “kryzysu religijnego - upadku” byłoby otwarcie się na prawdę, że Bóg jest całkiem inny, niż wyobrażaliśmy Go sobie do tej pory. Ta inność  jest tak ogromna i radykalna, że nie chodzi o to, abyśmy stwarzali sobie nowe wyobrażenia, ale o to byśmy mieli odwagę stanąć w milczeniu i zdumieniu wobec Tajemnicy.

To jest szansa na wstanie  po pierwszym (i nie tylko pierwszym) upadku.

TH

W 55 rozdziale ks. Izajasza czytamy, jak Bóg mówi do proroka:

8. Bo myśli moje nie są myślami waszymi

ani wasze drogi moimi drogami -

wyrocznia Pana.

9. Bo jak niebiosa górują nad ziemią,

tak drogi moje - nad waszymi drogami

i myśli moje - nad myślami waszymi.

Jest coś w tym, że tworzymy sobie często wyobrażenie Boga na swój obraz i podobieństwo, takiego “bliższego” wydawać by się mogło “bliższego nam”. Stąd odwieczne pytanie, które dzisiaj wraca z całą mocą: Czy Bóg cierpi? Nie ma w tym nic zdrożnego, nic złego, o ile pozostaje w pamięci to, że Bóg całkowicie nas przerasta. Średniowiecze radziło sobie z tym znakomicie za pomocą analogii - np. słowo miłość tylko w jakiejś mierze odnosi się do Boga, tylko w jakiejś części pokrywa się z naszym ludzkim doświadczeniem miłości, ale je nieskończenie przerasta, bo Boża miłość jest miłością nie z tego świata! I to jest oczywiste, że usiłujemy Boga zrozumieć na nasz sposób, ludzki. Wszak On się na to zgodził: objawiając się przyjął przecież ludzkie, nasze reguły gry - znaków, języka, którym się posługujemy… Bo my innych nie mamy, innych nie rozumiemy. To trochę tak, jak w porównaniu nas z nietoperzami (przepraszam za tak daleko idące skojarzenia): nietoperze posługują się taką częstotliwością dźwięków, których my nie “chwytamy” naszymi zmysłami. Żeby nam coś przekazać, musiałyby “wejść” w nasz ludzki świat  i posłużyć się dźwiękiem z zakresu naszych reguł gry...

Dlatego usiłujemy Boga zrozumieć, czasami “ściągamy” Go w dół… ale do czasu, kiedy nie nastąpi bolesna konfrontacja, weryfikacja, zderzenie wyobrażenia z prawdą o Bogu. Wtedy rzeczywiście stajemy wobec dylematu: infantylizować wiarę, odrzucić czy...zdobyć się na odwagę: nie rozumiem, ale wiem, że Jesteś!!!

Kiedyś słyszałem mądrą modlitwę pewnego księdza: Dzięki Ci panie za moje modlitwy, których nie wysłuchałeś… Bo Twoje myślenie nie jest moim myśleniem. Bo Twoje myślenie WIE, moje się tylko domyśla…

A tak bardzo chciałbym wiedzieć!!!

Któryś za nas cierpiał rany...

Stacja IV Spotkanie z Matką

Kłaniamy się Tobie Panie Jezu i błogosławimy Ciebie…

Jak daleko poszedł Bóg przyjmując w Objawieniu siebie dla zbawienia człowieka ludzkie reguły gry, mówi bardzo dobitnie ta właśnie stacja.

Jezus Chrystus nie tylko, jak pisze św. Paweł w Flp 2,8, uniżył samego siebie, przyjmując ludzką naturę i stał się podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu. Jezus Chrystus - będąc Bogiem - staje się w pełni człowiekiem. Nie zrzeka się bóstwa - jest przecież ciągle Bogiem. Zrzeka się należnej Mu z tytułu bycia Bogiem chwały - aby w ten sposób wejść między ludzi mając ich naturę, wchodząc w ich stan, doświadczenie, sponiewieranie, wreszcie oddzielenie od Boga, które jest konsekwencją grzechu. Ale...to co Jezus czyni na sposób ludzki, czyni jako Bóg (który przyjął w pełni ludzką naturę), a więc temu, co czyni na sposób ludzki - czyniąc jako Bóg - nadaje boską moc, boskie znaczenia: dotyka na sposób ludzki, ale dotyka jako Bóg, kocha na sposób ludzki, ale kocha jako Bóg…

A teraz odwróćmy porządek: Jezus wciąga w ten sposób bycia i działania człowieka! Pozwala się kochać ludzką miłością jako człowiek (Bóg - który przyjął ludzką naturę), a więc pozwala się kochać ludzką miłością - bo my tylko taką mamy poprzez swoje człowieczeństwo - ale przecież kochany jest jako Bóg…

Matka w czwartej stacji patrzy na zmasakrowanego Syna oczyma ludzkiej, matczynej miłości, a jest to miłość dotykająca Boga. Dlatego jest miłością wyniesioną ponad inne miłości… To znaczą słowa pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości (Oz 11,4).

Teraz miłość, którą człowiek ukochał Boga, przeniesiona na innego człowieka, widzi w nim... Tego, który utożsamił się z człowiekiem...cokolwiek uczyniliście jednemu z najmniejszych… To miłość, która nie dzieli, nie obraża, nie selekcjonuje…

PD

No dobrze, zgoda co do tego, że Bóg pierwszy wykonuje ruch, idzie do człowieka, pochyla się nad nim.

Ale dopowiedzmy dalej: odpowiedzią człowieka, w tym wypadku Maryi, jest też wyruszenie w drogę. A nawet ona, chociaż mówi się, że Najświętsza, Niepokalanie Poczęta itd. też przechodziła proces dojrzewania, wzrastania. Przypomnijmy sobie pretensje do 12 letniego Jezusa, który został w świątyni albo jak z całą rodziną przyszła, żeby go wezwać do powrotu do domu. A teraz stoi milcząca. Ja to milczenie odbieram jako zwieńczenie drogi jej dojrzewania. To milczenie jest dla mnie niejako zgodą, akceptacją w niezwykle dramatycznym momencie dla drogi Syna, który musi nią pójść dalej.

To mi przypomina pewne sytuacje w mojej pracy w hospicjum, gdy przychodzi dramatyczny moment odejścia członka rodziny. Ten moment jest naprawdę pełen jakiejś dojrzałości, kiedy ci co zostają, potrafią powiedzieć: MOŻESZ ODEJŚĆ. Potrafią zaakceptować odejście w dalszą drogę kogoś drogiego, ukochanego. Jest to dramatycznie trudne, kiedy odchodzi rodzic, a co dopiero dziecko. Ale dodaje sił odchodzącemu i bardzo uspokaja sytuację.

Tak odbieram w tej stacji milczenie Maryi.

Piosenka Waglewski, Fisz, Emade “Ojciec”

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja V Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

Zawsze przy tej stacji przychodzi mi do głowy, że my mężczyźni mamy często jedną wspaniałą cechę. Otóż często potrafimy, nie pytając, nie analizując, po prostu spontanicznie pomóc drugiemu, kompletnie nieznanemu. I nie zważamy na to, co inni powiedzą, nieważny czasem kontekst sytuacji. Trzeba czasem przełamać strach,  wyjść z tłumu, pomóc Mu dźwignąć krzyż. I tyle.

Rok temu cytowałem wspomnienia Chrisa Kyla, najlepszego amerykańskiego snajpera jednostek SEALS  z walk w Iraku. Ponieważ spotkało się to wtedy z dobrym odbiorem  z Waszej strony, to znowu przytoczę kawałek:

Skoczyłem naprzód i kładłem ogień, podczas gdy oni uciekali. Ostatni z marines klepnął mnie w ramię, kiedy ruszał, dając mi znak, że poza nim już nikogo nie ma. Gotów uciekać za nim, rzuciłem okiem jeszcze w prawo, sprawdzając flankę.

Kątem oka dostrzegłem leżącego na ziemi żołnierza w mundurze polowym marines.

NIe miałem pojęcia, skąd się tam wziął i kto to był. Kiedy do niego podbiegłem, przekonałem się, że dostał w obie nogi. Wpiąłem nowy magazynek, po czym chwyciłem rannego za tył pancerza osobistego i zacząłem się wycofywać, ciągnąc go za sobą.

W pewnym momencie jeden z rebeliantów rzucił granat odłamkowy, który eksplodował niedaleko nas. Dostałem z boku mnóstwem kawałków muru na wysokości od pośladków do kolan.

NIemniej skończyło się wszystko szczęśliwie, tyłek miałem tylko przez jakiś czas obolały, ale zdaje się, że spisuje się całkiem dobrze.

Jakiś czas potem już w Stanach zmieniałem w warsztacie olej w samochodzie. Po skończeniu gość za ladą wyczytał moje nazwisko. Wówczas jeden z mężczyzn czekających na samochód  spojrzał na mnie i zapytał:

  • Pan się nazywa Chris Kyle?
  • Zgadza się
  • Był pan w Al-Faludży?
  • tak
  • A niech mnie! To pan mnie wtedy uratował!

Był tam też ojciec tego faceta. Kiedy się dowiedział, o co chodzi, podszedł podziękować i uścisnąć mi dłoń. Byłem bardzo zakłopotany i tylko powiedziałem:

  • Wy wszyscy też mnie uratowaliście

I tyle.

TH

W końcu musimy zmierzyć się z tym, co od samego początku tej Drogi gdzieś w tle nieustannie się przewija… Mówi Pan, że my faceci mamy taką cechę, że chcemy - nie pytając, nie analizując, po prostu pomóc bezinteresownie drugiemu, zupełnie obcemu… Jeśli wypływa to z natury mężczyzn, to wydaje się, że natura ta koresponduje z tym, co jak najbardziej chrześcijańskie. Ale ja mam problem… Nie z chrześcijaństwem, nie z naturą facetów, nie z bezinteresowną pomocą, ale z połączeniem tego wszystkiego w jedną całość…

Pewnie już to opowiadałem, ale spróbuję jeszcze raz, bo znowu dla mnie ten obraz jest niezwykle przemawiający. Kiedyś mój kolega w seminarium we Wrocławiu był poproszony, by pojechać na dworzec po pewną Siostrę zakonną, znaną z niesienia pomocy bezdomnym, samotnym, zepchniętym przez innych na kompletny margines, a która miała w tymże seminarium dla kleryków wygłosić jakieś przedłożenie. Pojechał na dworzec, odebrał Siostrę z pociągu, jak nakazuje kultura - wziął jej ciężką walizkę i prowadzi holami dworca na parking, gdzie zostało auto. Ale po drodze mijają jakiegoś bezdomnego, których nie brakuje na dworcach, a który usilnie żebrał dla siebie o jakieś datki. Mój kolega - jak sam dzisiaj przyznaje - niesiony obecnością tej Siostry słynącej z pomocy bezdomnym - wyciągnął jakiś banknot z kieszeni i wrzucił żebrzącemu do koszyka. I w duchu czekał na jaką pochwałę ze strony Siostry. Ale jakże się zdziwił, kiedy uszedłszy kilkaset kroków został gwałtownie przez nią zatrzymany i równie gwałtownie zapytany: I co ksiądz najlepszego zrobił? No, co ksiądz zrobił?

No jak to co? Odpowiada mój kolega - pomogłem bezdomnemu, złożyłem ofiarę… Ale był kompletnie zbity z tropu. Na to Siostra, nie przebierając w środkach wyrazu i nie szczędząc słów powszechnie uchodzących za obraźliwe wypaliła mu prosto w twarz: Guzik ksiądz pomógł. Ksiądz tylko uspokoił własne sumienie - klękajcie narody, oto złożyłem solidną ofiarę dla kogoś, kto jest w potrzebie! Ksiądz się nawet nie zainteresował losem tego człowieka, nie zapytał o jego imię, nie zatrzymał się choćby na chwilę przy jego życiu, losach, historii, nie okazał nawet odrobiny szacunku. Jeśli mamy takich przyjaciół, wrogowie nam nie są potrzebni…

Bezinteresowna pomoc? Jak najbardziej, ale ciągle pozostaje pytanie, komu chcę tym pomóc? Jeśli tylko uspokoić własne sumienie, a często jeszcze niosąc pomoc bezmyślną - pogrążyć tego, któremu niesiona jest rzekoma pomoc i uzależnić jeszcze bardziej od innych… I to jest kłopot dzisiaj…

Któryś za nas cierpiał rany….

Stacja VI Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

TH

Tu znowu mamy do czynienia z bezinteresowną pomocą, ale jej intencją była miłość! Miłość, która wiedzie, miłość, która jest przewodnikiem, miłość, która chce autentycznego dobra drugiego człowieka. Autentycznego, czyli całościowego, dobra nie tylko tego z kategorii doczesnych, ale dobra absolutnego…

Bóg jest miłością - czytamy w Ewangelii wg św. Jana. Ale miłość nie jest bogiem… (celowo użyłem małej litery - chodzi o to, że miłość nie może być idolem, miłość musi być związana z prawdą, ogarniać rzeczywistość, szukać najlepszych rozwiązań, nie może być ślepa. Chociaż przecież często się mówi, że miłość jest ślepa… Ale co to tak naprawdę znaczy? Że ma być ślepa na konsekwencje? Że nie ma widzieć okoliczności? Że nie ma dostrzegać autentycznego dobra osoby kochanej?

Sam nie wiem…

PD

Uważam, że ta scena ma wiele poziomów interpretacji. Dla mnie pytanie Księdza o okoliczności tego gestu ma zasadnicze znaczenie. Co innego znaczy to samo otarcie twarzy w zaciszu domowym pielęgnując chorego, a co innego wyjście z nienawistnego tłumu i otarcie twarzy  Skazańcowi - ten sam gest, ta sama bezinteresowna pomoc, jeśli chodzi o skutek, ale ze względu właśnie na okoliczności, jest zupełnie czymś innym. I mimo tego, że intencją może być i jest Miłość, to kontekst sytuacji, w której znalazła się Weronika, nasuwa mi dodatkową interpretację. Że jest to świadectwo wiary.

No dobrze, ale co to jest w tym momencie wiara i dawanie o niej świadectwa? W naszej szerokości geograficznej, jak spytać kogoś czy jest wierzący, to słyszę dumną odpowiedź: tak, jestem wierzący, Pan Bóg jest w niebie, a ja chodzę co niedziela do kościoła. A na co dzień nie przeszkadza to czasem takiemu “wierzącemu”, przychodzić do domu pod wpływem alkoholu, dopuszczać się przemocy wobec bliskich i być nieuczciwym w pracy. Powiedzielibyśmy, że ten człowiek mówi, że Bóg istnieje, ale żyje tak, jakby Bóg nie istniał. Czy zatem jest on wierzący czy niewierzący? Wątpliwości zwiększają się, gdy odwrócimy sytuację. Są bowiem ludzie, którzy deklarują się jako niewierzący, mówią, że Boga nie ma, ale szlachetność ich życia, bezinteresowna pomoc drugiemu bywają zawstydzające dla nas chrześcijan. Powiemy, że ci ludzie mówią, że Bóg nie istnieje, ale żyją tak, jakby Bóg istniał. Czy zatem są oni naprawdę niewierzący?

Na swój użytek ukułem zatem takie powiedzenie: linia podziału pomiędzy wierzącymi a niewierzącymi wcale nie przebiega według złożonej deklaracji wiary.

A wiemy, że na sądzie ostatecznym każdy może być zaskoczony i nie będzie rozliczony z deklaracji, ale właśnie z miłości.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VII Drugi upadek Jezusa

Kłaniamy się Tobie Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie

Na tę stację przygotowałem dla nas historię pewnej fotografii. Kiedy pierwszy raz o niej przeczytałem, moją pierwszą myślą było: BOŻE, CO SIĘ Z NAMI STAŁO, CZY MY LUDZIE NAPRAWDĘ TAK NISKO UPADLIŚMY?

Historia tego zdjęcia zaczyna się opisem pewnego gatunku ptaków z Afryki  subsaharyjskiej. Są dość duże. Pióra na grzbiecie, skrzydłach, piersiach i brzuchu są brunatne. Brunatny jest też cały ogon. Głowa jest nieopierzona, ale na karku i tyle głowy rośnie puch. Dziób jest czarny. Wygląd raczej parszywy. Necrosyrtes monachus, czyli sęp brunatny, ścierwnik brunatny. Ptak jest padlinożercą.

My żyjemy we względnym dobrobycie, po tej szczęśliwszej stronie świata. Martwimy się o kurs Euro i Franka. Śledzimy notowania giełdowe i WIG 20. Smucimy się, że słabe emerytury będą. Nie wyobrażamy sobie pracy w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat. Widzimy własne podwórko. Może nawet widzimy tylko wycieraczkę pod własnymi drzwiami. Każdy, kto ma dwie zdrowe ręce i dwie zdrowe nogi wygrał los na loterii. A wygrał go dwa razy jeśli mieszka po tej stronie świata. Jest nas mniejszość. My mamy szansę. Większość ludzi na świecie tej szansy po prostu nie ma. To w Afryce ginie najwięcej ludzi z głodu, a po drugiej stronie głodu jestem ja. Jestem najedzony. Mało tego najchętniej pozbyłbym się kilku kilogramów, a jedzenia w lodówce mam za dużo. Czasem wyrzucam bo wyschło zanim zjadłem, bo się popsuło, bo chyba nieładnie pachnie i teraz najlepsze, bo się o jeden dzień przeterminowało. Jestem przeciętnym Polakiem.

No i teraz to zdjęcie. Zrobił je Kevin Carter, pochodzący z RPA fotograf, pracujący m.in. dla „New York Times’a” był w Sudanie podczas klęski głodu. Fotografował skutki tragedii, fotografował ofiary głodu. Widział setki umierających ludzi. Może tysiące. Musiał czuć bezradność, złość, musiał być targany wątpliwościami. Fotografował bo to jego praca. Przyszedł moment, gdy miał dość i poszedł do buszu aby nie patrzeć. I tam właśnie zrobił pewną fotografię.

Tą fotografię powinienem powiesić sobie w kuchni. Powinienem spożywać posiłki patrząc na nią.

Kevin Carter spotkał wtedy w buszu malutką dziewczynkę. Czołgała się do obozu ONZ, gdzie wydawano żywność. Do pokonania miała mniej więcej kilometr. Była głodna, nie miała siły iść. Czołgała się. Odpoczywała chwilę. Co myślała, co czuła, może chciała do mamy albo do taty? Chciała aby ją ktoś przytulił, zaopiekował się, dał jeść. Czy rozumiała sytuację? Może myślała „jak to?”, może myślała „dlaczego?”. Dlaczego została sama? Dlaczego nie może dostać jeść? Mama i tata? Pewnie nie żyli. Samotnie przecież czołgała się do miejsca gdzie mogło być jedzenie. Kevin Carter zrobił zdjęcie malutkiej dziewczynce. Ale to nie wszystko. Ale… na zdjęciu jest nie tylko ta malutka wychudzona dziewczynka opierająca główkę na dłoniach. Za nią jest Necrosyrtes monachus. Ścierwnik brunatny. Podąża za nią. Czeka cierpliwie. Czeka. Czeka. Kevin Carter usiadł pod drzewem i długo płakał.

            Zdjęcie ukazało się w 1993 roku na pierwszej stronie „New York Times’a” wywołując olbrzymią reakcję czytelników i stając się symbolem konfliktu w Sudanie. Następny rok był krytyczny. Przyjaciel Cartera zginął podczas wykonywania zdjęć podczas kolejnego konfliktu zbrojnego. Kevin Carter w wyniku depresji i przybity śmiercią przyjaciela popełnił samobójstwo. Kilka miesięcy wcześniej za fotografię dziewczynki otrzymał nagrodę Pulitzera.

TH

Sięgnę jeszcze dalej. Do filozoficznych pytań, które w tej chwili muszą się pojawić, pytań, które nurtują, a na które nie ma - nie będzie? - odpowiedzi? Czy gdybym urodził się w innym momencie, pięć minut później, byłbym tym samym człowiekiem? Czy gdyby moi Rodzice zdecydowali się nieco później, ja byłbym? Innymi słowy: jaki jest mój udział w tym, że urodziłem się po tej stronie świata? Jaka w tym moja wina czy zasługa?

Ale jestem tu, w tym świecie, w tak urządzonym świecie. W dziwnym świecie: w takim, w którym jedząc spokojnie kolację przed ekranem telewizora mogę oglądać doniesienia z ostatniej chwili - krwawe sceny zbrojnego konfliktu w dalekiej Afryce… jest reporter, który robi zdjęcia, któremu płaci się za - delikatnie mówiąc - dynamikę przekazu, bo to się ogląda, bo to się dobrze sprzedaje…

Ale zarówno on - ten reporter - jak i ci, którzy są po drugiej stronie ekranu - to osoby o określonej wrażliwości, podmioty mające swoją niepowtarzalna historię, każda z tych osób jest unikalną wartością w świecie. Urodziłem się po tej stronie świata - to nie jest moja wina. Ale moją odpowiedzialnością i winą bądź zasługą będzie to, co zrobię z moją niepowtarzalną historią życia. NIe zmienię przecież świata, nie jestem w stanie zatrzymać konfliktu w Sudanie, Syrii…

Ale jestem w stanie powstrzymać odruch złości na brata obok, jestem w stanie odjąć sobie nieco od ust, by podzielić się z kimś, komu - obym miał tyle siły - będę również gotów spojrzeć w oczy. Jestem w stanie wyłączyć telewizor, by nie widzieć trzechsetny raz fikcyjnej śmierci i nie tracić przez to pewnej naturalnej wrażliwości. Jestem w stanie zadbać o mój dom, żonę, dzieci… jestem! I to będzie moje z upadku powstanie!

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VIII Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty.

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

W tej stacji jest jak w pigułce to, z czym przyszedł Chrystus na świat. Ta rewolucja, odmiana, przemiana sposobu myślenia. Człowiek buduje się w relacji! Zwrot ku sobie i koncentracja na sobie - ja, we mnie, dla mnie, przeze mnie… - we wszystkich możliwych przypadkach odmieniane gubią człowieka, gubią “ja”. Sartre w dramacie Za zamkniętymi drzwiami powiedział, że inny, drugi człowiek to… piekło, to zagrożenie dla mojego “ja”. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie: inny jest szansą na odkrycie mojego “ja”. To szansa zwierciadła - w którym mogę odkryć siebie. Nawet w prostych, banalnych sprawach - złość na innego jest … moją złością, wywołaną jedynie przez innego, ale to moja złość, która ostatecznie ze mnie jest i do mnie wraca. Bez niego nie będę znał siebie!

Jezus w rewolucyjny sposób pokazuje, czym jest istota człowieczeństwa - to ja powołane do ty, by żyć w my.

PD

Super! Pociągnę to zatem dalej. WIARA JAKO PRZEKROCZENIE SAMEGO SIEBIE. Niejako wyjście ze swojej jakiejś tam skorupy. I snujemy tę refleksję w sytuacji Skazańca, któremu naprawdę powinno być już wszystko jedno, co i kogo i w jakim stanie zostawia “na tym świecie”, po tej stronie. Teraz  wyjście do innych (w tym wypadku pocieszenie, pokrzepienie niewiast) to coś wręcz niemożliwego, niesłychanego, niewyobrażalnego! Jezus pokazuje, że wiara potrafi czynić coś takiego. I nie chodzi tu jednak o żadne “nadzwyczajne czyny”, ani o cuda i “niezwykłe dary Ducha Świętego”, oczekiwane przez tych, którzy gonią za sensacjami. Najbardziej radykalne przejawy wiary - rzeczywiście absurdalne i niemożliwe, a niekiedy wręcz szalone w oczach tego świata  - wyglądają zupełnie inaczej.

Należy do nich wybaczanie w sytuacji, gdy mogę się zemścić, miłość nieprzyjaciół, nadstawienie drugiego policzka tam, gdzie zostałem skrzywdzony, rozdanie ze swego mienia czegoś, z czego mogę spokojnie zrezygnować, hojność wobec tych, którzy nie mogą mi się zrewanżować. Żywa wiara to odwaga zawierzenia, otwarcia się, przekroczenia własnych mentalnych granic.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja IX Trzeci upadek Pana Jezusa.

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

Przy tej stacji, jak nad nią rozmyślam, nie mogę się oprzeć pewnej refleksji  - otóż nie bardzo mnie zajmuje to, dlaczego Jezus upada (i to po raz trzeci). NIc odkrywczego nie wymyślę. Na tym etapie sponiewierania Skazańca, to niejako trudno się dziwić upadkowi. Znacznie bardziej intryguje mnie to, SKĄD WZIĄŁ SIŁY, ŻEBY JESZCZE WSTAĆ. Zwłaszcza, że wiedział, że nie bardzo jest po temu sens. Większy sens by miało, gdyby powiedział: “dobijcie mnie tu już”. A jednak gdzieś było coś, co dało Mu siły.

Moją ulubioną księgą Biblii jest Księga Hioba - zaglądam do niej, kiedy potrzebuję sił lub otuchy w różnych sytuacjach. Przypadek Hioba daje mi nadzieję - że nie ma takiej rozpaczy, kryzysu, takiego dna i beznadziei, żeby jeszcze nie móc znaleźć dość sił, aby to przetrwać i się podnieść.

Pytanie tylko - gdzie szukać tego źródła sił. Ale ono jest!!!!

Tak jak śpiewa Tadeusz Nalepa: Najważniejsze to być silnym, wicher silne drzewa głaszcze…

Piosenka zespołu “Breakout: Kiedy byłem małym chłopcem

TH

Pytanie brzmiało: SKĄD WZIĄŁ SIŁY, ŻEBY JESZCZE  WSTAĆ? Gdzie szukać źródła sił?

Bywa tak, że walczę, staram się, robię, co mogę… Raz, drugi, trzeci, setny… Ale czasami dochodzę do ściany i już naprawdę nie mam sił. Rozpacz chwyta za gardło. Po ludzku nie ma wyjścia, nie ma możliwości żadnego manewru. Ciemność. Usiąść i płakać? Myślę tu głównie o kontekście moralnym, o grzechu. Upadam, wstaję i mówię sobie: Już nigdy więcej, weź się w garść. Nie trwa długo, kiedy upadam jeszcze mocniej… Po wielu takich próbach czasami naprawdę już nie chce się wstać, nie mam siły. W głowie rośnie jedna tylko myśl...to nie ma sensu, tyle razy próbowałeś, to nie ma sensu. Zostań już tak…

Paweł mówi: (2 Kor 10) Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny… Paradoks? Na pewno nie. Zdanie wcześniej mówi: Będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa!!!

Wiele razay upadałem i powstawałem mówiąc sobie: Nigdy więcej. I wracałem do pozycji wyjściowej, horyzontalnej w upadku waląc w ziemię. Dlaczego? Bo liczyłem na siebie, na własną moc… A jej często/czasami nie wystarcza. Albo wystarcza jedynie na trochę. Jezus mówi: Beze mnie nic nie możecie uczynić, można sparafrazować nieco Jego słowa i powiedzieć: Beze mnie NIC możecie uczynić. Źródłem siły, powstania z upadku, nadziei na ostateczne zwycięstwo nie jestem ja sam, moja własna moc, liczenie na siebie… Zbyt wiele razy się zawiodłem, by dalej naiwnie w to wierzyć.

Aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa! Tylko czasami, nawet przyparty do muru, waląc z własnej głupoty po raz setny głową w ścianę tak trudno jest zdać się na kogoś… Potęga wiary...

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja X - Pan Jezus z szat obnażony

Kłaniamy się Tobie Panie Jezu Chryste…

Jak bezkompromisowo Jezus wszedł w ludzkie doświadczenie, w ludzką egzystencję. A chyba najbardziej radykalnym i granicznym doświadczeniem jest pozbawienie, odarcie z poczucia godności. JESTEŚ NIKIM! JESTEŚ ZEREM!!!

MIał tego doskonałą świadomość Zacheusz - zwierzchnik celników, bardzo bogaty. Kiedy Jezus spojrzał na niego siedzącego na drzewie i pozwolił się zaprosić (w zasadzie wprosił się do niego słowami Zacheuszu zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w Twoim domu (Łk 19,5)), spotkanie z Jezusem otworzyło Zacheuszowi oczy. Padają dwa zdania: Połowę mojego majątku oddaję potrzebującym oraz jeśli kogo w czym skrzywdziłem, oddaję poczwórnie. Wiele jest wyjaśnień tych słów Zacheusza, ale można powiedzieć również tak: Zacheusz oddaje połowę majątku ubogim - zaiste, szlachetny czyn. Ale dzieje się nieco ponad głowami, daję i mam spokojne sumienie… Zacheusz idzie daje: Każdemu, kogo skrzywdziłem, chcę wynagrodzić poczwórnie, to znaczy jestem gotów spojrzeć w oczy każdemy, kogo odarłem z poczucia godności - wtrącając go w nędzę, traktując przedmiotowo, gardząc… Chcę spojrzeć mu w oczy mówiąc: PRZEPRASZAM!

Jezus wszedł nawet w takie doświadczenie pogardy, odarcia z godności, szacunku… Wszedł, by mógł powiedzieć pogardzanym: wiem, jak boli! I by pomóc przywrócić poczucie własnej godności!

PD

Motyw Zacheusza należy do moich ulubionych. Uważam, że w naszych czasach, na które wielu narzeka, że są bezbożne, że jest kryzys wiary, Kościoła, chrześcijaństwa i w ogóle - no więc w tych czasach, pobliskie drzewa (mówiąc metaforycznie) pełne są Zacheuszów. Tych, którzy nie chcą czy nie mogą wmieszać się w tłum wiernych, chociaż nie są obojętni ani wrogo nastawieni. Owi Zacheusze, ludzie poszukujący i pełni ciekawości, chcą równocześnie zachować dystans.To dziwna mieszanina pytań i wątpliwości, zainteresowania i nieśmiałości, a czasem może nawet poczucia winy i jakiejś “niestosowności” trzyma ich za zasłoną liści sykomory. Jezus przemówił do Zacheusza po imieniu. Zachęcił go, by wyszedł z ukrycia, chociaż musiał się liczyć z tym, że będzie krytykowany: do  grzesznika przyszedł w gościnę.

Wprawdzie nie ma wzmianki o tym, czy Zacheusz został zaliczony w poczet uczniów Jezusa, czy poszedł za nim, jak jego kolega Mateusz, czy tłumy innych mężczyzn i kobiet. Wiemy natomiast, że postanowił zmienić swoje życie, że zbawienie stało się udziałem jego domu.

Czy Kościół naszych czasów potrafi przemówić w taki sposób do swoich Zacheuszów?

Zacheusz może się wydawać niepoprawnym indywidualistą - tam, gdzie ludzie ochoczo przyłączają się do rozentuzjazmowanych lub rozgniewanych tłumów, on instynktownie  szuka miejsca, by ukryć się w gałęziach sykomory. I nie robi tego z powodu pychy - przecież ma świadomość swojego małego wzrostu i wielkich słabości. Swoją prywatność, dystans i spojrzenie z lotu ptaka potrafi i skłonny jest porzucić tylko wtedy, gdy ktoś do niego przemówi po imieniu - wtedy może  się zdarzyć, że zmieni swoje życie.

Przemówić do Zacheusza może jednak tylko ten, dla kogo ów człowiek ukryty w gałęziach sykomory nie jest kimś obcym albo nieznajomym; ten, kto nim nie pogardza i komu nie jest obojętny; ten dla kogo  nie jest dalekie także to, co dzieje się w jego myśli i sercu.

To również jest Jezusowe bezkompromisowe wejście w ludzką egzystencję.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XI Pan Jezus do Krzyża przybity…

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

Co to za Bóg, który daje się zamordować w tak okrutny sposób? W tej stacji ujawnia się jeden z wielu paradoksów chrześcijaństwa. I trzeba sobie jasno powiedzieć: nie ma pełni tej drogi bez ran Chrystusa. Podobno święty Marcin miał takie objawienie, że ukazywał mu się Pan Jezus, w pewnym momencie święty jednak krzyknął: GDZIE SĄ TWOJE RANY? Nie było ich - tak rozpoznany został diabeł, który od razu zniknął. Na podstawie tej legendy, niektórzy teologowie radzą poddawać swoją wiarę i to, co nam się do wierzenia przedkłada, “testowi świętego Marcina”. Nie wierzę bogom i nie wierzę wiarom, które potrafią przetańczyć świat, nie zaznawszy jego bólów - bez szram,bez blizn, bez oparzeń - oferując natrętnie na współczesnym rynku religijnym jedynie swoje lśniące powaby.

Gdy dochodzą do nas informacje o wielkich tragediach ludzi  wygnanych  ze swoich domów przez wojnę i głód i kołaczących do naszych bram,  to kojarzy mi się motyw świętego Tomasza, gdy Chrystus mówi: DOTKNIJ RAN: Podnieś tutaj swój palec  i zobacz moje ręce. Podnieś rękę  i włóż ją do mego boku!.

Jezus utożsamiał się ze wszystkimi małymi i cierpiącymi - a zatem wszystkie rany, wszystkie nędze  tego świata i ludzkości SĄ RANAMI CHRYSTUSA.  

Wierzyć w Chrystusa i móc zawołać: “Pan mój i Bóg mój” - mogę jedynie wtedy, gdy będę dotykać TYCH Jego ran, których dziś nasz świat jest pełny. W przeciwnym razie moje mówienie: “Panie, Panie”  będzie daremne  i bezskuteczne.

TH

Zawsze frapujące jest pytanie: Dlaczego tak? Dlaczego w taki sposób zechciał Bóg przyjść z pomocą człowiekowi? Dlaczego nie zniósł cierpienia, nie anihilował?

Dla wielu - było ich w historii ludzkiej myśli bez liku - istninie cierpienia, bólu jest skandalem nie do pogodzenia z Bożym miłosierdziem. I dla wielu staje się racją dla odrzucenia Boga. Jak może być Bóg miłosierny i wszechmocny jednocześnie? Jeśli jest miłosierny, winien znieść cierpienie, ale ono nadal jest...więc pewnie nie jest wszechmocny. A jeśli jest wszechmocny, mógłby znieść cierpienie, ale ono nadal jest - więc pewnie Bóg nie jest miłosierny…

Próbuję sobie wyobrazić świat bez cierpienia… Gdzie nie ma obok mnie kogoś, kto nie domaga, nie ma kogoś, kto liczy na moją pomoc. A jeśli go nie ma, ja nie mam okazji, by...okazać się człowiekiem! Nie ma okazji,bym mógł okazać bezinteresowną miłość, która czyni mnie ludzkim!!!

Cur Deus homo? Aby człowieczeństwo Boga dało człowiekowi udział w boskości, aby człowiek – coraz bardziej ludzki – mógł stać się Bogiem poprzez udział w Jego boskości.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XII Jezus umiera na Krzyżu

Kłaniamy się Tobie Panie Jezu Chryste….

Chciałbym spojrzeć jeszcze raz na tę stację z perspektywy obu łotrów ukrzyżowanych wraz z Jezusem. Obaj znaleźli się w identycznej sytuacji. Dość przypadkowo ukrzyżowani wraz z Kimś, o kim być może nie słyszeli (trudno to sobie wyobrazić), ale Kto z całą pewnością zadziwiał swoim spokojem, łagodnością, Kto musiał w jakiś sposób budzić zdziwienie…

Obaj Łotrzy - jeśli tak można powiedzieć - wiedli życie dalekie od ideału uczciwego obywatela, za co zresztą zostali skazani. Obaj umierają w tych samych okolicznościach - w towarzystwie dziwnego Nieznajomego. Ale jednego z nich tak dziwna sytuacja nakręca do jeszcze większej złości, pogardy, kpiny… Drugi zaś nie tylko staje w obronie Nieznajomego, ale oddaje się w Jego ręce. Rozpoznaje w NIm kogoś wyjątkowego, KOgoś, Kto może dać zupełnie nowe światło, nowy sens.

Fakt zupełnie innego zachowania obu łotrów wskazuje, że poznanie Jezusa nie jest aktem jednorazowym, natychmiastowym, nie jest jak błyskawica, ale jest procesem. Procesem, który trwa, który przygotowuje, czyni zdatnym do tego, by ostatecznie być gotowym właściwie wybrać.

Każdy decyzja w moim życiu, każdy dzień, najdrobniejsza przyzwoitość, odrobina szlachetności w pewnym sensie preparują moje serce do właściwych wyborów. Jeśli będziecie wierni w sprawach małych, na wielkimi was postawię oraz Kto w drobnej rzeczy wierny będzie, ten i w wielkiej wierny będzie…

PD

Pójdźmy zatem dalej w tym rozważaniu - chcę tu rozwinąć spojrzenie Księdza na sytuację dwóch tych samych ludzi - w sensie wspólnoty losu czy też wręcz tego samego życiorysu - może nawet działali w tej samej grupie przestępczej. Kończą życie z tym samym wyrokiem i w ten sam sposób. Co zatem spowodowało tak różną postawę - deklarację w tym samym momencie? I to wobec Człowieka - Skazańca, dzielącego też ten sam los - wyrok? Jeden mówi: “Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”. A drugi: “Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”.

Istnieje taki nurt w teologii, który mówi, że różnica pomiędzy wiarą a ateizmem wcale nie polega na tym, że jedni mówią, że Bóg istnieje, a drudzy że nie istnieje. Nurt ten mówi, że  w nas samych istnieje takie miejsce, taki Boży tron, miejsce, na którym umieszczamy wartości dla nas najważniejsze. I ateizm - prawdziwy ateizm polega właśnie na tym, że sadowimy tam siebie samych lub cokolwiek innego, co Bogiem nie  jest. I ten pierwszy łotr jest tego przykładem -mówi:  “wybaw siebie i nas”. Czyli zwraca się do Boga, aby zrobił to, co sobie ten łotr umyślił. No, ale tak Bóg nie “działa” - jak maszynka do spełniania życzeń. Bóg zaczyna działać przez nasze życie tylko pod warunkiem, że opuścimy ów “Boży tron”. I to jest wówczas prawdziwe nawrócenie. Jeżeli przestaniemy obsadzać miejsce Boga czymś, co czcimy jako Boga, a co Bogiem nie jest.  I to wykonał ten drugi: “Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”.

Menachem Mendel uczył: “Bóg może być Bogiem tylko wtedy, kiedy nie jesteś nim ty”.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XIII Pan Jezus zostaje zdjęty z krzyża.

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie

Sytuacja pierwsza: tłum ludzi, który szedł do tej pory i był do  końca rozszedł się. Ludzie powrócili do swoich zajęć, interesów, kampanii wyborczych, codzienności. Pod krzyżem zostało  parę osób. Czy ci, co poszli, nie zdawali sobie  sprawy z dramatu, który rozegrał się pod  ich nosem? Ktoś Wyjątkowy umarł i jest zdejmowany z  Krzyża, a oni udają, nie wiedzą, nie chcą przyjąć do wiadomości tragedii, która jest tu i teraz?

Sytuacja druga: Medal św. Jerzego Tygodnika Powszechnego otrzymała Giusi Nicolini - burmistrzyni wyspy  Lampedusa na Morzu Śródziemnym, przez którą w ostatnich latach przewinęło się około 300 tysięcy uchodźców z Afryki i gdzie garstka mieszkańców  pod przewodnictwem pani burmistrz próbowała i próbuje im pomóc. Ma wiele zaproszeń do różnych  miejsc w Europie, ale je odrzuca. Do Krakowa jednak przyjechała. Chciała się dowiedzieć, dlaczego Polska - kraj, który do tej pory kojarzył jej się z solidarnością, nie chce przyjąć choćby kilkudziesięciu uchodźców z Afryki. Podczas zwiedzania  Oświęcimia na widok wagonu towarowego, którym przywożeni byli więźniowie, przypomniała sobie  sobie o łodzi migrantów. Mówiła o horrorze  na pokładach starych, nie zawsze sprawnych łodzi. O migrantach na łasce przemytników. O gwałtach i zabójstwach. I o dramacie, który rozgrywa się pod pokładami, gdzie ludzie, w niewiarygodnym ścisku,  duszą się, wdychają opary paliwa, gdzie parzy ich mieszanka cieknącej benzyny i wody morskiej.

W Krakowie mówiła: “nasz kontynent przeżywa teraz smutne chwile. Zapomnieliśmy o wartościach, które legły u podstaw Unii Europejskiej i miały służyć przezwyciężeniu nacjonalizmów oraz egoizmu, jakie w przeszłości prowadziły do tragedii. Wierzę, że gdyby w sprawie migrantów Unia działała razem, nie byłyby potrzebne akty heroizmu, których jesteśmy świadkami na  Lampedusie, Lesbos lub innych miejscach granicznych. Na Morzu Śródziemnym jest przecież wiele Lampedus Polityka zamkniętych granic prowadzi do śmierci, bólu i desperacji. To właśnie z Polski , jeszcze raz, powinno wyjść przesłanie solidarności”.

TH

Moje serce jest podzielone. Myślę o sytuacji drugiej przedstawionej przez P. Doktora: sytuacji Lampeduzy, dzielnej P. Burmistrz… Mam ogromny szacunek i podziw dla mieszkańców Lampeduzy za ich poświęcenie, pracę na rzecz rzeczywiście potrzebujących. Idea solidarności - światło wypływające do Europy z Polski właśnie - teraz, wedle tego przekazu, gaśnie…

Ale czy tak rzeczywiście jest? To znaczy - czy solidarność musi zamykać oczy na roztropność, prowidencję jako właściwą rozumnemu człowiekowi umiejętność czytania znaków i przewidywania ewentualnych scenariuszy przyszłości?

Każda analogia kuleje, ale spróbujmy jakiejś analogii użyć: przychodzi do mnie ktoś, kto jest w potrzebie. Nieludzkim, niechrześcijańskim jest zostawić go samemu sobie… Jak mogę mu pomóc? Przyjąć u siebie, dać schronienie - ale w kompletnie dla niego obcej ziemi, kulturze, sposobie myślenia, funkcjonowania, wartościowania. Mogę również - mam takie możliwości? - na to pytanie muszę rzetelnie odpowiedzieć - a więc czy mogę również pomóc mu uporządkować jego własny świat - z całym dla świata tego szacunkiem - nie narzucać mu swoich porządków, ale czy mogę pomóc mu zwrócić jego własny świat? Jego własny dom? Co jest lepsze?

Oczywiście takie rozważania nie mają sensu, kiedy puka do mojego domu człowiek głodny, odrzucony, samotny, pozbawiony wszystkiego…

Ale jeśli puka do moich drzwi wielu takich, którzy znoszą mój porządek? Którzy przychodzą w biedzie prosić o pomoc, a jednocześnie narzucają coś, co nie jest moim światem?

Nie wiem, nie umiem powiedzieć…

Jezus umarł na Krzyżu… Umarł bezbronny, wziąwszy na Siebie najbardziej podłe z ludzkich uczynków. Tegoż Jezusa proszę patrząc na Jego Krzyż, na Jego niewinną śmierć na krzyżu - daj mi światło najlepszego postąpienia, zgodnie z Twoją miłością!!!!

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XIV- złożenie do grobu

Kłaniamy się Tobie Panie Jezu Chryste….

To stacja cierpliwości...cierpliwości ponad ludzką miarę, cierpliwości, której jedynie Boża łaska może podołać… Cierpliwości, która jedynie miłością ożywiana jest w stanie czekać… Na co? Na kompletnie niespotykany bieg wydarzeń!

No, może niezupełnie “kompletnie niespotykany”. Łazarz już był wyprowadzony ze śmierci do życia, ale przecież jeszcze raz umarł. Tu nadzieja jest oczekiwaniem czegoś kompletnie niespotykanego - Zazwyczaj kto umrze, nie wraca. Takie jest powszechne doświadczenie…

Ale… Jezus powiedział, że wróci, zapowiedział swoim uczniom: Trzeciego dnia Syn Człowieczy zmartwychwstanie… MIeć nadzieję w sytuacji złożenia do grobu to uwierzyć wbrew powszechnemu doświadczeniu. Mieć nadzieję to oczekiwać - jedynie na podstawie słów zapowiedzi, którym się wierzy, ufa - czegoś kompletnie niespotykanego…

Może właśnie tak należy postąpić również w sprawie solidarności wobec potrzebujących??? Nie kalkulować, ale uwierzyć słowom: Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich najmniejszych, mnieście uczynili?

Odpowiedzi na to pytanie nie umiem znaleźć. Albo inaczej - wiem, jaka powinna być odpowiedź, ale nie umiem jej dać… Dlatego chcę stać pod krzyżem i prosić - umacniaj nadzieję moją, czyń nie tylko trwałą, ale również mądrą…

PD

Gdzie jest zatem ta nadzieja? Bóg został złożony do grobu, nie ma Go. Oczywiście my wiemy, że ani dzieje Hioba, ani dzieje Jezusa nie kończą się jak dramat, po którego obejrzeniu możemy wyjść z teatru z przyjemnym uczuciem ulgi, że wszystko dobrze się skończyło - Chrystus zmartwychwstał, a Hiob wyzdrowiał, urodziły mu się piękne córki i na końcu miał nawet więcej wielbłądów niż na początku - wszystko zrozumieliśmy, poklaskaliśmy trochę i teraz możemy poświęcić się czemuś innemu. Przeciwnie, gdy tylko odrzucimy pokusę traktowania finału wydarzeń pasyjnych i Księgi Hioba jako łatwego uspokajającego happy endu, wówczas (być może) doświadczymy, że cała ta historia będzie miała ciąg dalszy - w nas.

I na pytanie, gdzie jest Bóg, gdzie jest nadzieja, skoro widzimy tyle przerażających ludzkich tragedii - to jedyna odpowiedź, którą można zaryzykować jest taka:  W DRUGIM CZŁOWIEKU. W drugim człowieku, który daje pić, gdy jestem spragniony, który daje jeść, gdy jestem głodny, który otwiera drzwi dla potrzebującego, który otwiera granicę dla wygnańca, który przynosi nadzieję, gdy  się zawalił cały mój świat.

Nadzieja, to świadomość, że “ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że świat nie zginie nigdy dzięki nim”. Daj Boże, żebyśmy byli wśród nich - wszyscy, którzy tu idziemy.

Któryś za nas cierpiał rany.

Z przesłaniem tej nadziei, dziękując wam wszystkim za wspólną drogę.

ks. Tomasz Huzarek

Piotr Duszyński

piosenka Czesława Niemena - “Dziwny jest ten świat”

 

Msze święte w niedziele:
7.00, 8.30, 10.30 - suma,
12.00 - z udziałem dzieci;
16.30, 20.00

Msze święte w dni powszednie:
7.00, 17.00

Nowenna do MBNP:
w środę o godz. 17.00

Koronka do Miłosierdzia Bożego:
w piątek o godz. 17.00

Spowiedź święta przed każdą Mszą świętą,
Biuro parafialne otwarte po każdej Mszy św.

telefony:

komórkowy: 501 890 751

stacjonarny: 58 530-10-12

wewn. 23 ks. Proboszcz

wewn.24 ks. Wikariusz

wewn.22 ks. Senior

wewn.25 Przedszkole

Serdecznie dziękujemy za troskę i pomoc w budowaniu naszej nowej świątyni.
Niech Bóg wynagrodzi Waszą ofiarność.
Jeśli pragniesz pomóc materialnie w budowie świątyni Miłosierdzia Bożego to możesz to uczynić dokonując wpłaty na konto parafialne

BS-77 8340 0001 0008 9672 2000 0001

Odwiedza nas 79 gości oraz 0 użytkowników.

Odsłon artykułów:
2388383